Prawda jest taka, że gdyby każdy z nas miał osobę, przy której mógłby spędzić ten dzień, byłoby to jedno z piękniejszych świąt. Moim zdaniem, póki co, do takowego mu daleko. 14 luty dzieli ludzi na tych szczęśliwych i zgorzkniałych, na zakochanych i tych ze złamanym sercem, na żyjących chwilą i tych żyjących wspomnieniami. Niestety, przypomina mi oazę dla zakochanych i katorgę dla samotnych. Wspomnienia uderzają w nas z podwójną siłą, wracają cudowne, wspólnie spędzone chwile. Dlatego wolimy być ponad to, udawać, że nas to nie dotyka, nie boli. Za nic nie chcemy okazać słabości, szczególnie przy naszych byłych, którzy związali się na nowo. Udajemy, że wszystko jest w porządku, próbujemy sami w to uwierzyć, mimo, że niszczy nas to od środka, nie pozwala zapomnieć, zacząć od nowa. Co powinniśmy zrobić kiedy czas wcale nie zagoił ran? Co jeśli na zabój pragniemy niemożliwego? Używając słowa 'nas' automatycznie dołączyłam do grupy 'nieszczęśliwych' i tak właśnie jest. Serce nadal boli na wspomnienie wszystkich pachnących wiosną chwil, pęka na kawałki widząc go całującego inną, widząc jak bardzo się zmienił i jak szybko zdołał zapomnieć. Pojawia się pytanie: "Czy on w ogóle kochał?" Może byłam tylko nową zabawką? Stratą czasu, problemem, którego odejście było mu na rękę, a zapomnienie przyszło szybko i bezboleśnie?
Pragnienie poznania odpowiedzi na te pytania męczy mój umysł przy każdym spojrzeniu na 'nasze' miejsca...